Open top menu
sobota, 8 lutego 2014
Know How: Sztuki Walki

Jak zacząć trenować sporty walki? 


Od niedawna wróciłem na matę. Dopiero po pierwszym treningu od dobrych kilku miesięcy dowiedziałem się jak bardzo brakowało mi Muay Thai i worka. Mimo tego, że moja przygoda z boksem tajskim nie trwała wyjątkowo długo. W każdym bądź razie – kiedy o tym opowiadam, bardzo często spotykam się ze stwierdzeniem:
"Trenujesz? Fajnie. Też bym chciał, ale jakoś nie mogę się zmobilizować i nie wiem jak się do tego zabrać." 
Otóż – nic prostszego. Zaraz postaram się to udowodnić. Na razie zajmiemy się kwestią czysto techniczną. O samej mobilizacji będzie osobny wpis. Do dzieła!

1. Dowiedz się, co chcesz trenować

Musisz odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie: który sport walki jest dla mnie.* Wybór jest naprawdę spory. Ja zdecydowałem się na Muay Thai, ale rozważałem jeszcze Taekwondo. Wszystko zależy od tego, dlaczego chcesz zacząć trenować, co lubisz itp. Może po to, żeby w razie ewentualnego napadu się obronić? Poprawić wydolność i siłę? Bo jeśli po to, żeby bić ludzi na dyskotekach – to idź do psychologa, a nie na trening.;)
Nie będę rozpisywać się na temat wszystkich rodzajów sztuk walki. Niezbędne informacje znajdziecie bez problemu w internecie. Podrzucę Wam jednak kilka typów:
   
Samoobrona: Krav Maga, Aikido, bądź tradycyjna Samoobrona.
Walka: Karate, Boks, Kick Boxing, Muay Thai, MMA, Taekwondo
Walki w parterze: Zapasy, Judo, Ju-jitsu, MMA

*Polecam nie sugerować się modą. MMA jest aktualnie na fali. Jednak uważam, że to co modne nie koniecznie oznacza najlepsze, przynajmniej na początek.  

2. Sprecyzuj

Wybrałeś już interesujące Cię sporty? Bardzo prawdopodobne, że nie jest to jedna dziedzina. Polecam zamknąć się w dwóch, maksymalnie trzech. Pomoże Ci w tym youtube. Tam możesz sprawdzić jak wyglądają profesjonalne walki i treningi. Wiele klubów ma także filmiki z amatorskich sesji treningowych. Na nich powinieneś się skupić.
Bardzo możliwe, że już jesteś pewny na 100%, który sport chcesz uprawiać. Jeśli tak przejdź od razu do pkt. 4. Jeśli nie, czytaj dalej...

3. Pójdź na trening każdej z wybranych sztuk walki 

Nic tak nie weryfikuje światopoglądu jak praktyka. Nie bój się – nie zbankrutujesz. W większości przypadków pierwszy trening jest darmowy. Jeśli nie jest – idź do innego klubu, a tamtym nie zawracaj sobie głowy. Nie kupujemy kota w worku. Skoro najważniejsze są dla nich pieniądze, to nie masz tam czego szukać.
Teraz wszystko powinno być jasne, jednak jeśli do tej pory nic nie zdecydowałeś, to możesz sobie odpuścić. Sporty walki są dla zdecydowanych. Wróć za pół roku.


4. Znajdź klub i trenera

Skoro już wybrałeś, najwyższy czas doprecyzować swoje postanowienie maksymalnie. Zacznij od internetu. Wyszukaj wszystkie dostępne w Twoim mieście kluby, trenerów i opinie o nich. Oczywiście – zapewne znajdziesz mnóstwo sprzecznych. Internet już tak ma. Dlatego musisz znaleźć złoty środek. Wytypuj kilka miejsc – najlepiej na podstawie biogramów trenerów, wspierając się opiniami z forum. Zrobione? To teraz...

5. Idź do każdego wybranego klubu

Jak mówiłem wcześniej – nie zbankrutujesz. Pierwszy trening z reguły jest darmowy (jeśli nie jest – powtórzę: w takim wypadku klub przeważnie nie jest wart uwagi). Nie musisz nawet trenować. Możesz tylko podpatrywać. Czasem jest po prostu tak, że gdzieś od razu czujesz się nieswojo. Albo okazuje się, że trener lub jego sposób prowadzenia treningów zupełnie Ci nie odpowiada. Nie ma się co męczyć. Po pierwszym treningu będziesz mniej-więcej świadomy co do czego. Każdy następny będzie łatwiejszy (pod względem psychicznym). Nie bój się też pytać trenujących o ich zdanie na temat klubu i trenera. Oni wiedzą najlepiej.;)

I moje spracowane owijki.; )

Może zajmuje to trochę czasu jednak – jest to najlepszy sposób, żeby wybrać co najbardziej Ci odpowiada. I czy to w ogóle jest dla Ciebie. Teraz kilka odpowiedzi na zadawane mi pytania dotyczące treningów i nie tylko:  

Czy potrzebuje jakiegoś sprzętu? Nie. Na pewno nie na początku. Jeśli startujesz w grupie amatorskiej – trener na pewno wspomni o wyposażeniu w odpowiednim czasie. Chyba, że trafiłeś do klubu, gdzie od razu karzą kupić Ci kimono, rękawice, specjalistyczne spodenki itp. Wtedy grzecznie podziękuj (nie wyzywaj – oni naprawdę potrafią się bić, nie chcesz próbować) i opuść salę. Taki klub jest jeszcze gorszy od tych, w których karzą Ci płacić za kota w worku. Nie jest wart Twojej uwagi.

Czy powinienem się jakoś przygotować? Byłoby dobrze. Jeśli nigdy niczego nie trenowałeś i nie jest typem sportowca – nawet pierwszy trening da Ci w kość. Bardzo. Może to spowodować, że szybko się zniechęcisz. A na pewno nie wstaniesz rano z łóżka przez zakwasy. Dlatego dobrze jest wcześniej trochę się poruszać. Pobiegać, poćwiczyć w domu (na YT można znaleźć sporo niezłych i bezpłatnych filmików na ćwiczenia kondycyjne).

Czy to boli? Tak, to boli.

Czy są od tego siniaki? Tak. Duże i bolą.

Czy często zdarzają się kontuzje? Zdarzają się. Dosyć często (sam taką miałem). Dlatego tak ważne jest wybranie trenera i ludzi z którymi się trenuje. Jeśli czujesz, że dostajesz za mocno na technicznym treningu – nie graj twardziela. Powiedz partnerowi, żeby uderzał lżej. Jeśli nie poskutkuje – poproś trenera o zmianę partnera.

To teraz pewnie jesteś kozakiem? Nie. Nie jestem. Treningi uświadomiły mi jak niewiele potrzeba, żeby zrobić komuś krzywdę lub żeby ktoś zrobił ją Tobie. Nie planuje bić się nigdzie indziej, niż na macie.
     
To pewnie lubisz się bić? Nie. Nie lubię.

To chyba tyle. Tak jak i większość – jestem zupełnym amatorem. Opisuję tylko swoje spostrzeżenia i porady które, mam nadzieje, ułatwią Wam start. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania – to zapraszam do komentowania. 

Don’t be affraid. Just do it.; )

Read more
czwartek, 30 stycznia 2014
Sowa gotuje: Ryba z jajkiem w zielonym



Sesja chyli się powoli ku końcowi. Zostało do dopięcia tylko parę egzaminów i zdobycie wpisów. Skutkuje to trochę większą ilością czasu wolnego, dlatego postanowiłem wesprzeć wasze zmaltretowane egzaminami umysły porcją warzyw i kwasów omega-3.

Tak, nadszedł czas na pierwszy przepis na blogu. Nie będzie to nic skomplikowanego – sałatki mają to do siebie, że są proste, szybkie i powinny być smaczne. Jeśli czyta to zagorzały przeciwnik zieleniny – może już wyjść, bo nie znajdzie w tym przepisie nic dla siebie. Jest to idealna sałatka na każdy posiłek. Rano daje kopa na cały dzień, idealna na lunch, przed lub po treningu. Smaczna i sycąca. Szpinak jest bogaty w kwas foliowy i żelazo, jajko i ryba to bogate źródła białka i aminokwasów. Avocado i oliwa z oliwek to zdrowe tłuszcze. Ogórek korzystnie wpływa na np. cerę i uzbrojony jest w dużą ilość witaminy K. Same korzyści.:) Czas na konkrety!

Składniki:
1/2 avocado
100-150 g łososia (może być z puszki, wędzony bądź grillowany, wedle uznania) ew. tuńczyk (lub jakaś inna ryba)
garść świeżego szpinaku
1 jajko (jak jesteś bardzo głodny, to dwa)
1/2 średniego ogórka
kiełki (też wedle uznania, mogą być z rzodkiewki, są bardziej wyraziste w smaku)
2 kromki pełnoziarnistego pieczywa
sos koperkowo-ziołowy w proszku (ja użyłem knorr)
oliwa z oliwek
+ opcjonalnie świeży koperek i natka pietruszki.


Przygotowanie: 

Jajko gotujemy na twardo (to ok 5 min. od czasu aż woda zacznie wrzeć). W czasie kiedy gotuje się jajko płuczemy szpinak i wrzucamy do miski. Kroimy ogórka na plasterki, później plasterki na połówki. Awokado obieramy i kroimy w kostkę. Wszystko wrzucamy do miski i polewamy sosem (przygotowanie sosu na opakowaniu^^). Do miski dorzucamy kiełki i mieszamy. Odrobinę sosu zostawiamy an koniec. Składniki wykładamy na talerz. Kroimy rybę w kostkę i dodajemy do sałatki (jeśli jest np. wędzona, warto zobaczyć czy nie ma skóry – jeśli jest, należy ją ściągnąć.:) ). Ugotowane jajko obieramy, kroimy na ćwiartki i kładziemy na wierzch sałatki. Wszystko polewamy resztką sosu. Przystrajamy odrobiną kiełków. Z pieczywa możemy zrobić grzanki. 

Et voilà!
Smacznego!; )   




Read more
piątek, 10 stycznia 2014
NA RATUNEK - WOŚP



 

 Daję Owsiakowi

Co roku przed finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pojawiają się zarówno głosy krytyki jak i aprobaty dla całego przedsięwzięcia. Z moich własnych obserwacji wynika, że najwięcej i najgłośniej szczekają przeciwnicy, nie tylko samej Orkiestry, ale też Jerzego Owsiaka. Trudno rozgraniczyć jedno od drugiego, to prawda. A całe wydarzenie od lat wzbudza sporo kontrowersji, związanych głównie z finansami. Jednak w całym kraju sporo jest też sprzętu obklejonego serduszkami, który niejednokrotnie ratuje ludziom życie. 


 To nie pomaga ludziom, tylko szpitalom i państwu

Prawda to i nie prawda w jednym. Wszystkie te sprzęty powinny zostać zakupione przez państwo i w szpitalach powinny stać. Pracować, diagnozować, leczyć. Nie od dziś jednak wiadomo, że państwo nie gwarantuje nam wszystkiego. A głosy, jak cała Polska długa i szeroka, krzyczą, że niedługo nie zagwarantuje nam niczego. Ja sam w szpitalach wynudziłem się co niemiara. Dużo czasu spędziłem w murach różnych przybytków służby zdrowia i badań miałem bez liku. A duża część tych badań przeprowadzana była na maszynach oblepionych czerwonymi serduszkami. Dlatego głosy mówiące, że Orkiestra nie pomaga ludziom, to bujda. Bo dając sprzęt umożliwia badania, pomaga szpitalom i państwu, przez co pomaga pacjentom i obywatelom. Wiem co mówię, bo zakupiony swojego czasu sprzęt do szpitala w Kielcach uratował mnie przed podróżowaniem do Warszawy na badania. A badań miałem wtedy dużo.

Zakupiony sprzęt jest źle wykorzystywany

Jeśli ratuje życie i jest wykorzystywany w ogóle, to jest wykorzystywany dobrze. A ostatnia akcja kontrolna spowodowała odebranie i przekazanie źle wykorzystywanego sprzętu do szpitali, które wiedzą co z nim zrobić.

Płacę podatki, nie będę płacić jeszcze raz!

To nie płać. Nikt ci przecież nie karze. Ja też płacę podatki. Jednak wiem co to jest 1%, umiem zrobić chociaż symboliczny przelew na rzecz jakiegoś schroniska, albo wrzucić złotówkę do puszki. Ja od złotówki nie zbiednieje, ty też nie (chyba, że ta złotówka naprawdę sprawi, że dziś nie zjesz. To daj znać, wyślę ci coś na kanapkę). Złotówka to niby nic. Jednak jeśli milion osób da ci złotówkę, to żadna z tych osób, nie zacznie przymierać przez to głodem. A ty będziesz mieć milion. Zabawne, nie sądzisz?

Caritas pomaga przez cały rok, znacznie lepiej niż Orkiestra

I chwała im za to! Niech pomagają. Ja np. ubrania w których już nie chodzę przekazuje właśnie do Caritasu, albo bezpośrednio tym, którzy ich potrzebują. Bo jeśli nie chciało ci się ruszyć dupy i stare ciuchy wrzucasz do kontenerów – to najwyższy czas żebyś poszedł ich poszukać w lumpeksie. Bo te kontenery należą do prywatnej firmy.
Owszem, Caritas może gromadzi środki i przekazuje je bezpośrednio ludziom. Co nie znaczy, że jeśli jest np. Fundacja TVN, to Fundację Polsatu należy zlikwidować. Łapiesz alegorie? To, że przekazałem pieniądze schronisku, nie oznacza, że mam nie wysłać sms’a na biedne dzieci.

Tylko połowa z zebranej kwoty jest wykorzystywana, resztę zabiera Owsiak

Praca w fundacji to też praca. Ludzie też muszą zjeść, mieć gdzie mieszkać. Za co zapłacić rachunki. Jeśli masz trochę więcej rozumu niż ukwiał, to powinno być to dla Ciebie oczywiste. Takie przedsięwzięcie jak Orkiestra, to naprawdę setki godzin przygotowań. A jak dla mnie – niech sobie i zabiera 90 proc. Bo jak Ty przekażesz potrzebującym 4 mln złotych, to naprawdę będę mieć głęboko gdzieś, co zrobiłeś z pozostałymi 36 mln. Mam świadomość, że reszta pieniędzy pożytkowana jest gdzieś indziej. A jeśli nawet na Woodstock, niech sobie będzie. Wybieram się tam w przyszłości, także luz.

Wolontariusze kradną kasę z puszki

No okej. Takie incydenty się zdarzają. Są kary godne, a gnojki powinny dostać kopa w dupę. Jednak zawsze możesz sam zostać wolontariuszem. Będziesz mieć pewność, że nic z puszki nie zginie. A podobno oceniamy ludzi przez pryzmat samych siebie. Zastanów się, czy nie masz nic na sumieniu.

Chodzi tylko o lans dla gwiazd

I co z tego, że gwiazdy lansują się przy okazji Finału? A niech się cieszą ze zwiększonych słupków popularności. Jeśli robią przy tym coś dobrego, to czemu nie? I tak wszyscy ich znają. Mniej lub bardziej. A ja tam z chęcią policytowałbym np. wyjście na piwo z Piotrkiem Żyłą. Uważam, że byłby czad. Szkoda tylko, że mnie nie stać. A to, że ktoś chce kupić koraliki Herbuś albo sukienkę Rubik? To ich pieniądze. Lepiej, żeby kupili sukienkę Ani Rubik, i przekazali przy tym parę tysięcy na nowy sprzęt do szpitali, niż taką samą kiecke w salonie Dolce, czy gdzieś tam.

Orkiestra nie jest apolityczna, a Owsiak to złodziej

No dobrze, tylko znów… Co z tego, że Orkiestra nie jest apolityczna? I czemu, skoro Owsiak to złodziej, to nie podasz go do sądu? Ja też nie zgadzam się z niektórymi poglądami prezesa Fundacji WOŚP. Tylko co jego poglądy mają do tego co robi Orkiestra? Wielu artystów nadużywało alkoholu i narkotyków. To znaczy, że mam nie szanować ich dorobku? Nie słuchać Jacksona, bo podobno był pedofilem? Nie czytać Bukowskiego, bo to alkoholik? Kiedy ja lubię i posłuchać Jacksona, i poczytać Bukowskiego. Postarajmy się oddzielić jedno od drugiego.


Jeśli ktoś zarabia, pomagając przy tym innym i nikomu nie robi krzywdy, to czy naprawdę jest taki zły? Kiedy Ty ostatnio komuś pomogłeś? Poświęciłeś swój czas i siły, żeby coś zrobić dla kogoś, nie dla siebie? Od kogo jesteś lepszy, że masz prawo krytykować? Bo wiesz, swoje zdanie mieć powinieneś, jednak krytyka od przeciętniaka, naprawdę nikogo nie obchodzi. I nie powinna. Do zobaczenia na Finale, ja tam wrzucę coś do puszki. Może nikt nie ukradnie. Siema!

Read more
Don Jon - recenzja



Lepiej włącz sobie porno.

Nie pamiętam kto i kiedy powiedział mi, że „Don Jon” to całkiem niezła komedia. Trochę się pośmiać można i wyluzować. Niech go szlag cholera. Bo „Don Jon” to najgorszy film jaki ostatnio oglądałem.  

W zasadzie nie wiem, dlaczego nie wyłączyłem tego filmu po pierwszych trzydziestu minutach. A kiedy się skończył pomyślałem sobie Nie no, serio? Bo trudno mi było uwierzyć w to co akurat obejrzałem. Zmarnowane prawie dwie godziny. Cholera, a mogłem to wyłączyć, teraz żałuję. Bo niby o czym to jest?

*** SPOILER***

Jon (Joseph Gordon-Levitt) co weekend chodzi na imprezę, wyrywa tam panienkę, z panną do domu, do łóżka. Później kiedy ona usypia – siup, obejrzeć sobie porno, od którego główny bohater jest uzależniony. Później ruszyć parę razy ręką i wrócić do łóżka spać. Z rana do samochodu, w którym Jon wyzywa wszystkich innych uczestników ruchu drogowego, w drodze na obiadek u rodziców. Następnie do kościoła. Wyspowiadać się ze stosunków pozamałżeńskich i  stosunków z własną ręką, więcej grzechów nie pamiętać. Później Jonowi pozostaje tylko siłownia i znów można iść zaliczyć. Imprezę czy panienkę. Bez różnicy. A najlepiej jedno i drugie. Oczywiście wszystko to do czasu spotkania tej jedynej (w tej roli Scarlett Johansson). Miłość wywraca życie głównego bohatera do góry nogami. Kobieta robi z faceta pantofla, koniec z podrywaniem dziewczyn i wypadami z kumplami. Na dodatek nowa miłość zakazuje oglądania pornosów. A później Barbara odkrywa, że Jon dalej ogląda porno, więc odchodzi. Główny bohater poznaje Ester (Julianne Moore), kobietę po przejściach, która udowadnia mu, że seks jednak jest lepszy niż samogwałt. I żyli długo i szczęśliwie.

***KONIEC SPOILERA***


Co autor miał na myśli? Chciał stworzyć komedie romantyczną dla faceta? Niemożliwe. Faceci nie lubią komedii romantycznych. Nawet takich dla facetów (jeśli takie w ogóle są). Może miała powstać zboczona komedia w stylu „American Pie”? Nie wyszło. Bo Amerykańskie Ciastko, było momentami tak głupie, że aż zabawne, a „Don Jon” – nie. Spróbuje ten film ugryźć trochę bardziej metaforycznie.

Metaforyczne ujęcie stereotypowego macho? Nie śmieszne, mało metaforyczne, oklepane, bez sensu. To może tutaj chodziło o uzależnienie od porno? Znów mało zabawne, płytkie, nijakie podejście do tematu. Nie zrażam się, próbuje dalej… Taka alegoria związków? Kiedy trafia się na niewłaściwą kobietę (mężczyznę?), człowiek przestaje być sobą.  I dopiero odpowiednia dla nas osoba może dać nam szczęście.  Chyba najprawdopodobniej o to chodziło. Jednak nie wyszło. To już było, nikt ameryki nie odkrył. Próba pokazania oklepanego tematu w niestandardowy sposób. Niby innowacyjnie, bo z dużą ilością przekleństw, masturbacji i pornoli? Chwila… To już się zdarzało w przygłupich amerykańskich komediach. Często.



Teraz już krótko, bo szkoda czasu. Fabuła: oklepana, nudna, nie. Zdjęcia: Nie. Nie może być majstersztyku wizualnego z taką fabułą. Muzyka: Nie. Gra aktorska: Scarlett Johansson zwykle seksowna, tutaj irytująca, wulgarna, pusta. Ja rozumiem aktorskie wyzwania, ale jednak nie. Joseph Gordon-Levitt jako  Jon – tak. Bo gra aktorska pasuje do kreacji całej postaci jak ulał. Jako reżyser – nie.

Podsumowując: Nie rozumiem tego filmu. „Melancholii” Larsa von Triera też nie rozumiałem do końca. Tyle tylko, że nie rozumiałem jej z przyjemnością. Wyłapując przepiękne kadry i słuchając dobrej ścieżki dźwiękowej zatapiałem się w obrazie von Triera. Porównuje te dwa filmy tylko dlatego, że oba są dla mnie w pewnym sensie niezrozumiałe. Jednak  „Don Jon” moim zdaniem to pomyłka. I nawet trudno się przy nim odmóżdżyć z przyjemnością.

Sowa mówi: NIE.         
Read more
środa, 8 stycznia 2014
13 wojen i jedna - recenzja


Książka ciężka niczym „Little Boy”

Na pewno nie chciałbyś znaleźć się w miejscu gdzie możesz stracić życie. Tam gdzie kule świszczą i biją odłamkami. Tam, gdzie wybuchająca bomba po raz kolejny odbiera Ci życiodajny tlen z płuc, a eksplozja powoduje krwawienie z uszu. Śmierć nigdy nie jest taka piękna jak na filmach.

Jednak Krzysztof Miller, fotoreporter, w takich sytuacjach znajdował się nie raz. Kiedy zdrowy rozsądek podpowiada, żeby spieprzać tam gdzie pieprz rośnie- on powtarzał sobie „Miller, a chuj!” i wychylał się, z i tak nie gwarantującej bezpieczeństwa kryjówki, i raz po raz naciskał spust migawki. Tylko po to, żeby pokazać prawdziwe oblicza najróżniejszych konfliktów na całym świecie. Opowiedzieć historię ludzi którzy walczyli i ginęli. „13 wojen i jedna” to jego świadectwo, opowieść o tym co widział i przeżył. I o tym, czego nie przeżyli inni. Prawdziwa, bez śmierci na niby. 


„13 wojen i jedna” to pozycja na którą polowałem odkąd tylko się ukazała. Dwie wizyty w empiku spełzły na niczym. W końcu- zapomniałem o tej książce. Do czasu, kiedy przy zupełnie innej okazji odwiedziłem jedna z księgarni. Pierwsze co ukazało się moim oczom tuż po przekroczeniu progu ksiązkowego przybytku- to właśnie książka Millera. Kiedy płaciłem, okazało się, że to ostatni egzemplarz jaki został. Przypadek? Nie sądzę. Zbliżały się święta. Dużo wolnego czasu. Cudownie. Krótka. pomyślałem. Łyknę w maksymalnie dwa wieczory. I tutaj niespodzianka.

Nie łyknąłem w dwa wieczory. Tej książki nie można tak czytać. Trzeba usiąść, ważyć każde zdanie. Przygasić światło, wyłączyć muzykę. Zajęło mi to prawie tydzień. Narracja momentami chaotyczna, szybka- tak jak sytuacje w których znalazł się Miller. By za chwilę wszystko zwolniło, czas na przerwę, drinka i jointa. Trzeba się pilnować, żeby nie pogubić się w szczegółach, w przeskokach myślowych, anegdotach. Nie jest to mistrzostwo kunsztu literackiego. Nie miało być. Jest ciężko, tak jak na wojnie. Ale warto przebrnąć, przetrwać. Nie raz na karku pojawia się dreszcz, obrazy rodzące się w głowie wydają się tak nierealne. A jednak są prawdziwe. Uwiecznione na fotografiach, opisane w książce. 



Kiedy przetrwałem te 345 stron doszedłem do przerażającego wniosku. Nie ważne o co toczy się wojna, zupełnie nie liczy się kto ją rozpętał i gdzie. Kiedy wybuchają bomby to cywile muszą jakoś przetrwać, dalej żyć. Na wojnie bogacą się tylko bogaci, a umierają wszyscy. 
Książka zdecydowanie męska. Nie na poprawę humoru, nie na deszczowy i beznadziejny dzień. Jednak obowiązkowa. Dla pasjonatów fotografii, dziennikarzy. Swoją drogą- dla każdego kto ma problem z docenienia aktualnego stanu posiadania. Wojna to nie plastikowe żołnierzyki. To autentyczny ból, prawdziwa śmierć i trauma. Bez teatrzyku z telewizji. Taką wojnę odnajdziemy w „13 wojnach…”. I dowiemy się kim trzeba się stać, żeby śmierć pokazać taką, jaką jest.

OCENA: Mocne 4.0
Read more
środa, 1 stycznia 2014
Changes


Kiedy pisałem te słowa za oknem świeciło słońce i było 9 stopni. To ciepło jak na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Po rodzinnym śniadaniu usiadłem i zacząłem planować. Napchany pierogami, barszczem, karpiem i wszystkim co znalazło się na świątecznym stole, a czego normalnie nigdy nie zjadłbym na śniadanie. Cięższy o parę kilo i setki myśli. Kiedy człowiek ma za dużo wolnego czasu- do głowy przychodzą mu różne głupie pomysły. Dlatego siedząc z kartką spisuje je wszystkie. Te najświeższe i te, które nagromadziły się podczas całego mijającego roku, który, nie należał do najlepszych w mojej karierze. Było wiele postanowień i planów- które z realizacją nie miały nic wspólnego. Czas na zmianę. 
A przecież nie ma lepszego czasu na takie przedsięwzięcie niż Nowy Rok. Głównie dlatego, że to data prosta do zapamiętania. A ja z datami zawsze mam problemy. Dlatego łatwiej będzie się z tego wszystkiego rozliczyć. Chociaż osobiście- nienawidzę noworocznych postanowień. Dlatego swoje postanowienia zacząłem realizować od 25 grudnia.

Według badań prowadzonych przez jakichś mądrych ludzi 90% postanowień noworocznych umiera już 
po paru dniach. Ja zamierzam wytrwać. Być tym nielicznym, chociaż 10% to i tak całkiem sporo. W sumie –nigdy nie kręciło mnie bycie jednym z wielu. Zawsze mi powtarzali, że jestem pyskaty i mam zdanie 
na każdy temat. Uparty jak osioł. Problem polegał na tym, że wykorzystywałem swój upór nie tam, gdzie powinienem. Mam, i zawsze miałem, mnóstwo marzeń do spełnienia. Problem w tym, że one nie realizują 
się same. Siedząc na kanapie przed telewizorem nigdy nie popływam z delfinami, nie nauczę się surfować. Nie skoczę ze spadochronem. To nie jest lot w kosmos. Chociaż teraz, nawet to jest możliwe dla przeciętnego śmiertelnika. Wszystko jest do zrobienia. Tylko nie wszystko przed kanapą.

Ten blog to część realizacji moich planów. O których nie będę mówił. O swoich planach i marzeniach mówiłem często. Myślałem jeszcze częściej. Czas przestać gadać i myśleć.

A gdyby jakimś cudem mi się nie udało- będziecie mogli się ze mnie pośmiać. Skoro już publicznie przyznałem się do zmieniania. Wystawiony na publiczny ostracyzm dostanę po łbie, przy kolejnym piwie, jeśli coś nie pójdzie zgodnie z planem.

***

Jedyną stałą rzeczą jest zmiana. Heraklit z Efezu. (Wymyślili to już tak dawno, a ja dopiero teraz sobie to uświadomiłem. Lepiej późno niż wcale.)
Read more